Empatia w szkole

Empatia w szkole.

 

Niewpasowanie się w środowisko klasowej grupy było myślą, która zaprzątała moje myśli w szkole średniej. Nie pasuję, nie chcę tutaj być. Myślałam, że jestem w tym sama, ale z biegiem czasu zauważyłam, że niewpasowanie jest problemem powszechnym wśród młodzieży szkolnej. Przez cały okres edukacji miałam nieodłączne wrażenie, że nie współpracujemy a rywalizujemy. Brak zrozumienia, samotność, brak wysłuchania i dyskryminacja. Rzeczą, której brakowało nam w szkole przez te wszystkie lata był DIALOG. Potrzeba wysłuchania i zrozumienia nie jest spełniana, w związku z tym prawdopodobieństwo wystąpienia konfliktu jest duże.

Dni wyglądały podobnie. Przyjście do szkoły było sporym wysiłkiem a lekcje matematyki nie były pocieszeniem. Zajęcia zaczynały się od sprawdzenia zadania domowego. Osoby bez zrobionego zadania otrzymywały jedynkę, taka była zasada. Pamiętam, jak w gorsze dni po prostu zapominałam wykonać tego obowiązku, prosiłam więc o spisanie. Od mojej koleżanki z ławki słyszałam za każdym razem “Co ty robisz w domu?”, “Czy ty się w ogóle uczysz poza szkołą?”. Łączenie dwóch szkół, szkoły muzycznej i szkoły średniej, było ciężkim wyzwaniem i czasami po prostu nie nadążałam. Zdarzało mi się nie przychodzić na kłopotliwe dla mnie lekcje. Chodziłam do klasy o profilu matematyka-geografia-angielski. W naszej klasie matematyka była wyznacznikiem “lepszości” – tak to muszę nazwać. Nie liczył się twój zakres wiedzy z innych przedmiotów, czy być może dopiero odkrywałaś w czym jesteś dobra. Oceny z matematyki były twoją miarą wiedzy. Taka panowała atmosfera w klasie. Słychać to było podczas rozmów i po tym, jak wyrażały się dane osoby. Potwierdzają to słowa naszej nauczycielki pod koniec klasy maturalnej “Jeśli nie zamierzacie zdawać rozszerzonej matematyki na maturze, to po co wybraliście taki profil?”.
Moja niechęć do wszystkich wzrastała z każdym dniem, z dwoma wyjątkami. Ze świetnymi dziewczynami mam kontakt do dziś. W 1 klasie było nas 34. W przeciwnej klasie o takim samym profilu mat-geo-ang osób było 29. W międzyczasie powstała walka między klasami. Klasy porównywały się siebie nawzajem, szczególnie w sprawach osiągnięć, porażek, a także w progach procentowych z danych testów. Na drugim roku do mojej klasy dopisały się do nas 4 osoby, powiększając klasę do 38 osób. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego dyrektor zgodził się dopisać te cztery osoby do naszej klasy, a nie do przeciwnej. Jak się później okazało, klasy nie były przystosowanie dla takiej liczby uczniów i trzeba było przynosić dodatkowe ławki, aby wszyscy mogli usiąść…
Z rozmowy nowo przybyłych osób można było wywnioskować, że ewidentnie chciały przyjść do naszej klasy, bo była “lepsza”. „W czym lepsza?” zastanawiałam się. Chodziło o oceny? Jeśli miarą „lepszości” są oceny z matematyki, to ja naprawdę nie wiem jakimi wartościami kierowały się te osoby…
Naszym głównym problemem w klasie była fatalna organizacja. Nie potrafiliśmy przeprowadzić porządnego głosowania, rozmawiać ani podejmować wspólnie decyzji. Skończyło się na tym, że jedna osoba robiła wszystko sama, czasem nawet za plecami reszty klasy. Przychodziła z gotowym rozwiązaniem, robiła byle jakie głosowanie, a brak odzewu odbierała jako zgodę. Wtedy klasa nie kryła niezadowolenia, a plotki i komentarze można to było usłyszeć w łazience czy na korytarzu.

A gdzie ja w tym byłam? Starałam się być odpowiedzialna i angażować się w sprawy klasy. Odzywałam się. Czasami nie podobały mi się propozycje oferowane przez tę samą osobę odnośnie różnych spraw. Mówiłam otwarcie, że mi się nie podoba, czasem nawet dawałam własne propozycje. Niestety, były one odrzucane tylko dlatego, że byłam sama a dana osoba miała poparcie swojego “gangu”, który jej przyklaskiwał podczas gdy reszta klasy pozostawała obojętna. Można powiedzieć, że taka była wola większości i wszystkim to pasuje. Ja jednak dostawałam sprzeczny obraz tego co się działo. Nikt nie podnosił głosu podczas głosowania, ale po wyjściu z sali zaczynały się żale i frustracje odnośnie danej decyzji. Na moje pytanie czemu się nie odezwały, nie potrafiły odpowiedzieć. W naszej klasie zdecydowanie nie było modelu kolektywistycznego. Podejmowanie decyzji zawsze odbywało się z kosztem innych, tej mniejszości. Bo przecież “zostało przegłosowanie większością i reszta musi na to przystać.” W mojej głowie zawsze wtedy budziły się żal i złość, dlaczego nie ma innego sposobu. Nie potrafiłam inaczej pomyśleć, ponieważ zostałam wychowana w takim modelu “większości” i ciężko mi było podjąć odmienną decyzję nie znając innych możliwości.
Rzeczą, która najbardziej mnie drażniła i jednocześnie zadziwiała, było zwracanie mi uwagi czy też prawienie morałów przez osoby, z którymi nie miałam prawie żadnego kontaktu, oprócz rozmów podczas pracy w grupie. Pewnego dnia, gdy wpadłam do klasy minutę po dzwonku, zauważyłam, że jedna z dziewczyn siedzi na moim miejscu (przez trzy lata mieliśmy tę samą klasę na języku angielskim i stałe miejsca). Na moje pytanie czemu zajęła moje miejsce, odpowiedziała “A myślałam, że nie przyjdziesz, bo masz w zwyczaju nie przychodzić na zajęcia”. Odpowiedziałam, że na angielskim zawsze jestem, i nie wiem czemu tak założyła. “Bo nie przychodzisz na inne lekcje” – odpowiedziała. Skończyłam rozmowę, że teraz jestem i to moje miejsce.
Drobny szczegół, lekkie czepialstwo. Niemniej jednak mnie zastanawia, dlaczego ta osoba poświęca tyle uwagi, że wie, że “uciekam” z zajęć. Z 38 osobami w klasie ciężko spostrzec kto jest nieobecny. Ja nawet nie zauważyłam, że ktoś poszedł wcześniej do domu i nie został na religię czy WF. Ciężko było poświęcić czas każdej osobie. W każdym tygodniu ktoś musiał mnie pouczyć. Jak wykonałam zadnie z matematyki to słyszałam z ławki obok “Zrobiłaś zadanie?! Niesamowite.” Nie wiem czemu kogoś to tak bardzo obchodziło. Nie znałam wtedy NVC. Radziłam sobie z konfliktami tak jak potrafiłam. Albo ignorowałam, albo złośliwie odpowiadałam na zaczepkę, aby tylko się odczepili.

Pozwolę sobie przytoczyć fragment z książki “Porozumienie bez Przemocy” Marshalla Rosenberga, który idealnie pasuje do mojej sytuacji.

“Na długo przed osiągnięciem pełnoletności nauczyłem się porozumiewać w bezosobowym stylu, który nie wymagał ode mnie ujawniania tego, co się działo w moim wnętrzu. Ilekroć spotykałem się z ludźmi czy też z zachowaniem, których nie lubiłem albo nie rozumiałem, punktem wyjścia mojej reakcji było przekonanie, że coś jest z nimi nie tak. Kiedy nauczyciele kazali mi robić coś, na co nie miałem ochoty, byli wredni albo niepoczytalni. Kiedy wyprzedzał mnie jakiś kierowca, wołałem: Ty idioto! Gdy mówimy tym językiem, nasze myśli i komunikaty wypływają z przekonania, że z innymi ludźmi widocznie coś jest nie w porządku, skoro tak a nie inaczej postępują; czasem zaś uznajemy, że to właśnie w nas samych tkwi błąd, skoro nie rozumiemy otoczenia i nie reagujemy tak, jak byśmy chcieli. Całą nasza uwaga skupia się na klasyfikowaniu, analizowaniu i ustalania poziomów niesłuszności, a nie na tym, czego nam samym, a także innym ludziom potrzeba i brakuje.”

Rozmyślam o tym już od pewnego czasu. Moich złośliwych myśli na ich temat było wiele. Myślałam o tych osobach, że nie mają własnego zdania własnej autonomii, są niesamodzielne i zależne od innych. Typowe jednostki masowe. Z czasem uświadomiłam sobie, że jednak im współczuję, oraz że nie potrafiłam ich zrozumieć. Zadałam sobie pytania: “czy jest coś czego ci ludzie się obawiają?”, “Co sprawiło, że postępują tak a nie inaczej?”. Dzięki mojemu niedawnemu odkryciu NVC wysnuły mi się pytania “Jakie były ich potrzeby w tamtym momencie?”, “Czy zostały wysłuchane i usłyszane dostatecznie dobrze?”.

Mogę zakładać, że tymi ludźmi kierował lęk przed wykluczeniem, np. z grupy, brak umiejętności lub doświadczenia w podejmowaniu własnych decyzji, a może po prostu wstyd. Może być wiele powodów ich zachowania, nie znam ich jednak bo nie rozmawiałam z tymi osobami. Oceniłam je po tym jak się zachowały i uznałam, że nie chcę się z nimi przyjaźnić.

Czy wśród tych wad szkoły średniej mogę znaleźć jakieś zalety? TAK.
Trzecia klasa liceum. Tamtego dnia siadłam do swojej ławki i od razu wyczułam napięcie wśród dziewczyn. Słyszałam oburzenia, gorycz a nawet złość. Padło imię jednej z dziewczyn z naszej klasy. To o niej mówiły. Okazało się, że jest awantura o pieniądze. W drugiej klasie padło rozwiązanie, aby wpłacać na raty pieniądze na studniówkę. Te pieniądze zbierał nasz skarbnik i miał je przetrzymać. Afera dotyczyła tego, że kilka dziewczyn wpłaciło pieniądze na studniówkę, ale skarbnik ich nie ma. Koleżanki oskarżyły ją o kradzież czy też niedbalstwo (bo mogła zgubić). Przeraziłam się, bo ja też wpłaciłam cześć pieniędzy, a została mi przekazana wiadomość, że nie ma tych pieniędzy. Oczywiście również się zdenerwowałam. Wróciłam do domu i na spokojnie o tym pomyślałam. Doszłam do wniosku, że uwierzyłam słowu komuś, komu nie bardzo ufam. Nie przyjaźniłam się z żądną z dziewczyn, które obgadywały naszą skarbniczkę. Następnego dnia szybko udałam się do koleżanki zbierającej pieniądze. Chciałam uniknąć sytuacji, gdzie zarzucam jej coś. Zapytałam, a odpowiedź mnie zaskoczyła. Powiedziała, że mam niewiele do dopłacenia, ponieważ ma ona wszystko zapisane, a wszystkie pieniądze trzyma u siebie w domu. Powiedziała również, że dokładnie pamięta kto jej płacił, a kto nie. I bardzo bolą ją te oszczerstwa na jej temat.
Awantura zaczęła się od tego, bo jednej z dziewczyn “wydawało się”, że płaciła na studniówkę. A potem upierała się, że na 100% jednak płaciła. Okazało się, że w tym samym czasie co była płacona rata za studniówkę, składaliśmy się też na półmetek, tu i tu były wręczane pieniądze skarbnikowi. I być może dziewczyny pomyliły się, kiedy i za co płaciły. Niestety niektóre osoby dalej się upierały, że ich okradła, bez jakiekolwiek rozmowy ze skarbnikiem.
Ja cieszę się, że nie uległam czyimś słowom i poszłam bezpośrednio porozmawiać ze skarbnikiem. Nie tylko ja płaciłam te raty – było wiele innych osób i wszystko się zgadzało. Niczego nie brakowało. Niestety niesmak pozostał, można było też zaobserwować wykluczenie naszej skarbniczki. Nie udzielała się więcej w klasie, a kilka tygodni przed zakończeniem roku sporadycznie pojawiała się w klasie.

To co pragnę przekazać w tym tekście to nie żal ani gorycz do moich lat spędzonych w szkole średniej. Pragnę uświadomić, że nasze pokolenie ma braki w zdolności odczuwania stanów psychicznych innych osób. Nie posiadamy umiejętności empatii. Nie potrafimy rozmawiać, a sam dialog sprawia nam ogromną trudność. Dla niektórych może nawet stać się barierą nie do przeskoczenia. A przecież budowanie relacji polega na wzajemnym słuchaniu i usłyszeniu siebie nawzajem, a wszelkie konflikty powinno się rozwiązywać metodą mediacji. Aby mógł się zacząć proces mediacji, ważne jest, aby zawsze uwzględnić kilka ważnych elementów:
1) obserwacja, identyfikacja uczuć, a następnie ich wyrażenie,
2) połączenie uczuć z potrzebami,
3) skierowanie do drugiej strony jasnego i konkretnego komunikatu.

Spostrzeżenie tych elementów i rozumienie ich ułatwi nam kontakt z drugim człowiekiem. Po przeanalizowaniu tych elementów możemy rozpocząć dialog. W ten sposób żadna ze stron nie będzie poszkodowana i zostanie wysłuchana. Pielęgnowanie relacji z drugim człowiekiem, otwiera dla nas możliwości pełnego zrozumienia i wrażliwości, a świadome podejmowanie tych działań w najbliższym otoczeniu ułatwia rozwój każdej jednostki na swój własny sposób.

Anna Krężołek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *